ANNA:

Gdy krajem rządzą ci, których stać i na zabieg, i na dzieci…[1]  

 

Trudno mi opowiedzieć swoją historię. Staram się o niej nie myśleć, bo jak zacznę myśleć, to znów nie będę spała po nocach. Dlatego zrobię to możliwie jak najkrócej.

O tym, co przeszłam, opowiedziałam Lidii Ostałowskiej, dziennikarce „Gazety Wyborczej”. 9 marca 2004 r. w „Gazecie” ukazał się jej artykuł zatytułowany „STRACH LEKARZY”. Wykorzystam go teraz, by opowiedzieć swoją historię.

Mam 28 lat. Chciałam przerwać ciążę ze względu na stan zdrowia. Cierpię na ostrą niewydolność żylną. Ciąża źle wpływa na stan układu naczyniowego. Kolejna ciąża i poród pociągały za sobą konieczność poddania się operacji nogi, a później wielomiesięcznej rehabilitacji. Kto wówczas zająłby się moją rodziną?

Wychowuję samotnie trójkę małych dzieci.

Przeszłam już jedną operację. Nie udało się jednak zahamować choroby, która pogłębia się z każdą kolejną ciążą. Teraz moja lewa noga jest spuchnięta, fioletowa po pachwinę, stopa nie wchodzi do buta. W prawej pojawiły się podskórne zgrubienia i wylewy. Noga bardzo boli. Trudno mi i chodzić, i stać. A podczas ciąży nie można brać środków przeciwbólowych.

Z powodu choroby nie wolno mi stosować wkładek antykoncepcyjnych ani hormonów. Po ostatnim porodzie prosiłam o podwiązanie jajowodów, ale powiedziano mi, że to w Polsce nielegalne. Pozostają prezerwatywy.

Tym razem zawiodły.

Nie chciałam rodzić. Z funduszu alimentacyjnego miałam po 250 zł na dziecko. Spodziewałam się, że będzie mniej, bo fundusz właśnie likwidowali. Pomoc społeczna czasem coś daje, czasem nie.

Ja choruję, chłopcy mają astmę oskrzelową, nie starcza mi na inhalatory, na lekarstwa. W poradni naczyniowej doktor krzyczy, że nie noszę rajstop przeciwżylakowych. Kosztują 200 zł. A mnie po opłaceniu rachunków niewiele więcej zostaje na miesiąc.

Zdecydowałam się na aborcję przede wszystkim ze względu na stan zdrowia. Po operacji żył w 2002 r. kazali mi leżeć. Wtedy trochę pomagał mi mąż.  Ale na wieść

o ciąży mąż całkiem się zawinął. Nawet nie wiem, gdzie jest. Jak urodzę, będę miała nogi w strasznym stanie. Szpital, rehabilitacja...  A dzieci sąd mi zabierze.

Nie orientuję się za bardzo w kwestiach prawnych. Sądziłam (jak wielu Polaków), że aborcja jest zupełnie zakazana, zabieg wykonuje się jedynie w podziemiu, a jak się wyda – kobieta trafia do więzienia. Dlatego nie zgłosiłam się do poradni K, tylko do prywatnego gabinetu.

Ginekolog zażądał za zabieg 2,5 tys. zł. Prosiłam, żeby rozłożył na raty. Nie zgodził się. Chciałam wziąć kredyt z banku. Odmówili. Załatwiałam w drugim. Przyznali mi 300 zł.

Czas mijał. W styczniu za namową koleżanki zgłosiłam się do Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Tam po raz pierwszy usłyszałam, że aborcja jest legalna, jeśli ciąża zagraża życiu lub zdrowiu kobiety. Poradzono mi, bym w swej poradni naczyniowej uzyskała zaświadczenie o medycznych wskazaniach do przerwania ciąży.

Lekarz wystawił diagnozę: „Chora należy do grupy wysokiego ryzyka powikłań zakrzepowo-zatorowych. W przypadku wystąpienia zakrzepicy, której ryzyko jest znacząco podwyższone, może dojść do stanu bezpośredniego zagrożenia życia". Napisał również, że po każdym porodzie następowało u mnie pogorszenie stanu zdrowia.

Nie napisał o mojej obecnej ciąży. Nie wiedział. Bałam się do niej przyznać.

Pismo przedstawiłam w szpitalu rejonowym i poprosiłam o aborcję. Lekarzowi moja prośba wydała się zabawna. Powiedział, że chyba żartuję.

Nie wiedziałam, co robić. Zabić się? Nie mogłam ze względu na synów. Wychowałam się w domu dziecka.

Po powrocie do domu 11 lutego przez brzuch wstrzyknęłam sobie płyn do mycia szyb. Zemdlałam, dostałam torsji. Ze strachu przed karą nie wezwałam pogotowia. Nie poroniłam. To był tani płyn. Żałuję, że nie miałam na domestos. Zawiera chlor, jest bardziej żrący.

Federacja wspierała mnie w walce o należne mi świadczenie. Ponownie poszłam do lekarza z poradni naczyniowej. Tym razem towarzyszyła mi pani redaktor Lidia Ostałowska z „Gazety Wyborczej”. Do gabinetu weszłam jednak sama.

Poprosiłam, by lekarz dopisał do diagnozy jedno zdanie: „Kontynuacja ciąży stanowi zagrożenie dla zdrowia pacjentki".

Z gabinetu wyszłam spłakana:  Nie napisze! Nie chce iść przeze mnie do więzienia!

Pani Lidia rozmawiała z nim chwilę później. Wyjaśnił, że żylaki same w sobie nie stanowią znaczącego zagrożenia dla zdrowia i życia. Mogą nim być w razie komplikacji, np. przy wystąpieniu zakrzepicy. A przecież nie wiadomo, czy zakrzepica się pojawi. Na tutejszym oddziale patologii ciąży leży wiele kobiet

w podobnej sytuacji. Medycyna potrafi im pomóc. Na koniec powiedział: „Ryzyko zakrzepu jest w wypadku tej pacjentki niższe niż ryzyko porodowe. Załóżmy, że do powikłań dojdzie podczas aborcji. Wtedy sąd spyta, kto jej wystawił skierowanie na zabieg. I co będzie?”

Wiem, że Federacja zwróciła się w mojej sprawie do prof. Stanisława Radowickiego, krajowego konsultanta do spraw ginekologii i położnictwa. Profesor stwierdził, że nawet zakrzepica nie jest wskazaniem do aborcji. Powiedział też, że o tym, co jest wskazaniem, każdorazowo decyduje lekarz. Profesor nie dał się przekonać opinią chirurga naczyniowego, bo „chirurdzy nic nie wiedzą o ciąży”.

Procedury związane z moją sprawą trwały niemal dwa miesiące. Mimo to niewiele udało się uzyskać.

Federacja załatwiła mi wizytę na oddziale ginekologicznym szpitala, w którym za kilka miesięcy miałam rodzić. Ordynator zaproponował, bym oddała dziecko do adopcji.

Nikt nie wie, że kiedyś tak zrobiłam. A potem zawieźli mnie do psychiatryka. Wciąż płaczę po tej dziewczynce, chociaż parę lat minęło.

Nie próbowałam już sama usunąć tej ciąży. Bałam się, że umrę i osierocę swoich synów. A jeśli nawet przeżyję, to będę miała na sumieniu to dziecko, które jest we mnie. Bo mijał już piąty miesiąc.

Zgodziłam się na adopcję, ale postawiłam dwa warunki. Urodzę przez cesarskie cięcie, żebym dziecka nie widziała. Podwiążą mi jajowody, choć to nielegalne. Ubłagałam ordynatora. Kazał lekarce zrobić to „na lewo”.

Przy operacji były dwie pielęgniarki. Jedna mnie uspokajała, a druga odwodziła od adopcji. Mówiła: „Mam troje dzieci i żyję. Pani też da sobie radę”. Czułam się osaczona, myślałam o jajowodach.

Do domu wróciłam sama. Czułam jedno: czegoś mi brak, czegoś nie ma. Jak widziałam matki z wózkami, to mnie trafiało. Płakałam. Bo tylko wyrodna matka bez serca nie płacze i nie myśli.

Myślałam, że go nie oddam. I oddałam.

Miałam sześć tygodni na decyzję, zrzeczenie podpisałam po terminie. Zrozumiałam, że nie dam rady.

Zdrowie mi się pogorszyło, choroba sięga żył głębokich. Najstarszy syn widział ciążę, pyta o dziecko. Odpowiadam, że braciszek jest u cioci.

Czuję się pokrzywdzona. Zrobiłam coś wbrew swojej woli. Lekarze zmusili mnie do tego.

Po operacji nie chcieli ze mną rozmawiać. Byli wściekli, więc bałam się spytać, czy podwiązali mi te jajowody.

Do dziś nie wiem.

Wierzyłam, że Federacja pomoże mi wywalczyć moje prawo, wierzyłam w „Gazetę Wyborczą”. Aż zrozumiałam, że nikt i nic mi nie pomoże. Bo w Polsce rządzą bogaci, których stać na dzieci. Chcą, żeby Polska powiększała się kosztem zdrowia innych. Matki niech rodzą, wychowują, a jak nie mogą wychować, niech oddadzą.

Wcale nie zastanawiają się, co to znaczy.



[1] Tekst pochodzi z publikacji Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny „Piekło kobiet trwa…”, Warszawa, 2004