Marta Dzido:
Dziewczynka[1]
Jest rok 1956. Upalne lato. W przychodni pod
gabinetem ginekologicznym siedzą dwie kobiety. Jedna z nich, młodziutka,
właściwie dziewczynka - bo nikt nie dałby jej dwudziestu sześciu lat, które ma,
najwyżej siedemnaście- umówiona jest na zabieg. Chce dokonać aborcji. Ma dwójkę
małych dzieci, chorego na gruźlicę męża, nie ma pracy ani środków do życia.
Druga kobieta- starsza, zadbana i elegancka-
jest bezpłodna, przychodzi jednak do lekarza, z nadzieją, że to pomoże..
Zaczynają rozmawiać.
Ta, która czeka na zabieg, mówi, że nie może
mieć trzeciego dziecka, że nie da rady, że umiera jej mąż, że już nie ma siły i
że…
Ta, która dzieci mieć nie może mówi:- niech
pani urodzi, ja od pani to dziecko wezmę, wychowam i pokocham…
Nie, tak nie można - mówi ta, która chce
usunąć.
Zapłacę pani - nalega ta druga.
Nie ma mowy…
Ale ja naprawdę zapłacę. Dużo…- i wyciąga z
torebki portfel, a z niego plik banknotów – proszę, niech pani weźmie, niech
pani bierze i się zastanowi, dobrze?
Proszę mnie zostawić w spokoju – odpowiada ta,
która czeka na zabieg. Wstaje z krzesła i ucieka z przychodni.
Po sześciu miesiącach rodzi dziewczynkę.
Ta dziewczynka po dwudziestu czterech latach
rodzi następną dziewczynkę.
Jest rok 2000. Najmłodsza z trzech dziewczynek
jest już duża. Chociaż ma prawie dwadzieścia lat, wygląda jak dziecko i nikt by
nie przypuszczał, że jest mamą kilkumiesięcznej dziewczynki.
Jest znów upalne lato, a ona siedzi w
przychodni, w kolejce do gabinetu ginekologicznego. Za zabieg płaci się teraz
dwa tysiące złotych. Obok niej siedzi elegancka i zadbana kobieta, ale nie
rozmawiają.
Dziewczynka umówiona jest z lekarzem, który
dokona aborcji. Z dwóch tysięcy obniżył do ośmiu stów, bo chyba żal mu się
zrobiło dziewczynki. Przyszła do niego w piątym tygodniu ciąży z
trzymiesięcznym dzieckiem w nosidełku mówiąc, że lekarz w szpitalu powiedział,
że regularne karmienie piersią jest najlepszym środkiem antykoncepcyjnym. Że
hormony z pigułek przenikają do mleka i szkodzą dziecku, a na spiralę jest za
wcześnie. A ona mu uwierzyła, bo to przecież lekarz, więc powinien wiedzieć
najlepiej.
I teraz dziewczynka jest w ciąży, w której za
godzinę już nie będzie.
Kiedy jest już po wszystkim dziewczynka
odczuwa ulgę, ale wstydzi się tej ulgi, nie wie jak ma o tym powiedzieć i komu.
Nie wie, jak ma nazwać to, co zrobiła. Milczy o tym długo, aż w końcu nie
wytrzymuje i pisze książkę.
O usuwaniu, wyskrobywaniu, wyłyżeczkowaniu, o
metodzie próżniowej, o wywołaniu poronienia, o wydzielinach i krwi. Pisze książkę, która momentami kuleje, jest
niedopracowana, chaotyczna, naiwna, a niektóre zdania przypominają wynurzenia
pretensjonalnej licealistki.
Kończy pisać i znów odczuwa ulgę. Idzie z tą
książką do wydawnictwa, ale szefowa wydawnictwa- pani Beata S. mówi jej, że tak
nie może być, że jak się pisze książkę o aborcji, to trzeba się zdecydować, czy
jest się za, czy przeciw i powiedzieć to w książce jasno i dobitnie. Tak, żeby
czytelnik nie miał wątpliwości. I w ogóle nad książką popracować.
Ale dziewczynce już się nie chce, zostawia tą
książkę tak jak jest, a po kilku latach pisze następną.
Tym razem powieść odnosi sukces. Jest o
bezrobociu, o warszafce i o nieudanych związkach. Dziewczynka trafia do gazet i
do telewizji, nie wie za bardzo, co tam mówić, a pytają o różne rzeczy - o
feminizm, papieża i generacje cośtam. Ona się ładnie uśmiecha, jest nieśmiała i
mówi: tak, tak albo nie, nie. Żadnych dłuższych zdań. W końcu wydawca – Piotr
M. z korporacji -proponuje: a może byśmy tą powieść o aborcji wydali?
Ale dziewczynka waha się. Bo to przecież
sprzed sześciu lat i że może lepiej coś nowego napisać, a nie wyciągać stare,
że to się nie nadaje, a jej się nie chce już nad tym pracować..
W końcu mu odpowiada:- Ale przecież to nie
jest fajne literacko…
To nic - mówi głos wydawcy w słuchawce - jest
szczere i jest o ważnej sprawie…
Ale boje się - odpowiada do słuchawki
dziewczynka - że wszyscy mnie będą pytali, czy to o mnie i czy usunęłam ciążę?
Nie bój się, przecież masz dziecko, jesteś
najlepszym dowodem na to, że nie usunęłaś…- mówi wydawca- Piotr M.
Dziewczynka odpowiada: nie wiem i rozłącza
się.
Wyobraża sobie spotkania poświęcone książce,
na których publiczność pyta, ile w tym prawdy i czy pani tą książkę napisała na
podstawie własnych doświadczeń. Dziennikarze pytają, czy jest za, czy przeciw,
ożywa dyskusja, w której jedni przez wszystkie przypadki odmieniają życie
nienarodzone, inni co drugie słowo mówią wolność wyboru.
Dziewczynka wie, że w tym temacie nikt nie
mówi: ,,ja” ,ani ,,usunęłam”.
Że zamiast mówić o sobie, podaje się tylko
liczby i statystyki.
A te, które usunęły, milczą. Może nie chcą by
ktoś rzucił im w twarz - morderczyni. Dziewczynka też się boi.
Dlatego waha się, a w dyskusji nadal nikt
używa słowa ,,ja”.
Ale dziewczynka nie lubi mówić o sobie w
trzeciej osobie.
Oczyma wyobraźni widzi książkę na półce w
księgarni, siebie biorąca udział w spotkaniu, poświęconym tej powieści, siedzi
przy stoliku przed szklanką wody, patrzy na swoje buty albo gdzieś w sufit
kręcąc na palcu włosy i mówi: tak, to o mnie, usunęłam i się tego nie wstydzę…
I liczy na po cichu na to, że w jej ślady
pójdą kolejne dziewczynki. Że wzorem gejowsko-lesbijskich kaming ałtów zaczną
się kaming ałty aborcyjne. Że kobietki z okładek będą nie tylko prezentować się
z plastrem na odsłoniętej części ciała, ale głośno i szczerze powiedzą:
usunęłam i nie wstydzę się tego…
Dziewczynka wyobraża sobie w tej roli gwiazdy
z różnych półek. Widzi Kazię Szczukę, Kingę Dunin i Marię Janion, Dodę
Elektrodę, Kasię Nosowską i Korę, Katarzynę Kozyrę i Katarzynę Figurę, Joannę
Rajkowską, Ewę Drzyzgę i Dorotę Masłowską, Annę Muchę, Mandarynę, Marylę
Rodowicz, Maję Ostaszewską, Krystynę Jandę, Katarzyna Grocholę, Kasię Szustow i
tak dalej…
I każda z nich mówi : ja też usunęłam i nie
wstydzę się tego…
Dziewczynka waha się, ale postanawia wreszcie,
że zgodzi się na wydanie książki.
Ta dziewczynka to ja.
I jest to mój osobisty aborcyjny kaming ałt.
Zapraszam kolejne dziewczynki…