RENATA:

 

Jednak wiedza to za mało[1]

 

Gdy rozpoczynałam życie seksualne jako nastolatka, miałam obszerną i – jak teraz stwierdzam – całkiem rzetelną wiedzę dotyczącą ciąży i sposobów jej zapobiegania. Zdobyłam ją czytając wszystko, co na ten temat wpadło mi w rękę, głównie kolorowe czasopisma. W szkole coś na kształt prawdziwej lekcji wychowania seksualnego odbyło się dopiero pod koniec liceum. Dla dziewczyn zorganizowano „wycieczkę” do gabinetu ginekologicznego, gdzie mogłyśmy zapoznać się z jego wyposażeniem, działaniem aparatu do USG oraz porozmawiać z lekarzem na temat współżycia seksualnego i antykoncepcji. Ja w tym czasie byłam już dawno po zabiegu przerwania ciąży, a badań USG przeszłam kilkanaście.

Choć wiedzę na temat seksu zdobyłam odpowiednio wcześnie, ciekawość pozostała, więc gdy poznałam chłopaka, który zapragnął „rozwinąć naszą znajomość”, nie wahałam się zbyt długo. Używaliśmy prezerwatyw, ale było to dość kosztowne i uciążliwe. Raz zdarzyło się nawet, że prezerwatywa pękła, więc wybrałam się do ginekologa po pigułki. Miała to być moja druga wizyta u ginekologa. Pierwszą odbyłam z mamą zaniepokojoną bólami w podbrzuszu, jakie miałam od czasu pierwszej miesiączki. Poszłyśmy wtedy do specjalnej poradni dla dziewcząt. Wszystko odbyło się w dobrej atmosferze, więc nie obawiałam się samodzielnej wizyty w sprawie antykoncepcji. Okazało się jednak, ze tamten gabinet został zlikwidowany i musiałam pójść do mojej przychodni rejonowej.

Pewna siebie wkroczyłam do gabinetu i wyłuszczyłam cel mojej wizyty. W chwilę później żałowałam, że się tam znalazłam, pani doktor obrzuciła mnie bowiem stekiem wyzwisk. Dowiedziałam się, że jestem ladacznicą, upadłą moralnie gówniarą i że jeśli chcę coś załatwić, mam przyjść z matką. Zapłakana uciekłam stamtąd, obiecując sobie nigdy więcej nie iść do ginekologa.

Przyjście z którymś z rodziców nie wchodziło w grę. Matka jest katoliczką, osobą o bardzo tradycyjnych poglądach na sprawy seksu i antykoncepcji. Nigdy nie próbowała rozmawiać ze mną na ten temat, mimo iż wiedziała, że chodzę na randki, a mój trudny charakter i rozchwianie emocjonalne kazały mieć niemal pewność, że szybko pozbędę się dziewictwa. Na moje pytanie, do czego służą podpaski z reklamy telewizyjnej, otrzymałam ledwo wyksztuszoną odpowiedź o krwi wychodzącej tą samą drogą – „w dole brzucha” – co dziecko przy porodzie. Nie, nie mogłam prosić mamy, żeby ze mną poszła po pigułki! Poza aresztem domowym nic bym nie zyskała. Do ojca też bałam się z tym zwracać, bo spodziewałam się, że mógłby na przykład uderzyć mnie w twarz.

Swoją niefortunną wizytę u lekarza zachowałam w tajemnicy i pozostałam przy prezerwatywach. Miesiączkowałam już regularnie i nauczyłam się rozpoznawać, kiedy owuluję. Czasami odważałam się na stosunek przerywany, kiedy wiedziałam, że jest bezpiecznie, i nigdy mnie ta metoda nie zawiodła. Wpadłam przez pękniętą prezerwatywę.

Dokładnie wiedziałam, kiedy to się stało. Nie wątpiłam ani przez chwilę, że zajdę w ciążę. Całą sobą WIEDZIAŁAM, że to się właśnie dzieje, ale wiedziałam też, że jeszcze mam czas, by przeciwdziałać.

O Postinorze słyszałam już dawno. Następnego dnia znów siedziałam w tej samej poczekalni co parę lat wcześniej. Nie wiem, czemu nie poszłam do innej przychodni, chyba myślałam, że obowiązuje rejonizacja. Zresztą miałam nadzieję, że Postinor zdobędę bez trudu, nie wyobrażałam sobie odmowy w podbramkowej sytuacji. Byłam już starsza, trudno mnie było nazwać gówniarą, obiecałam sobie trzymać emocje na wodzy i nie przejmować się obelgami. Wiedziałam, że Postinor istnieje, sprawdziłam, że jest w aptece, i moim celem było go zdobyć.

W gabinecie urzędowało wciąż to samo babsko, które wpadło we wściekłość, gdy usłyszało moje żądanie. „Środków poronnych nie przepisuję!” – usłyszałam i zrozumiałam, że przegrałam batalię. Gdybym wtedy wiedziała, że mam 72, a nie 24 godziny na wzięcie leku, może spróbowałabym gdzie indziej, ale to było 4 lata temu i wtedy mówiono o jednej dobie, nie o trzech.

Zaczęło się czekanie na okres. Zupełnie bez przekonania odliczałam dni do daty, kiedy miał się zacząć. Termin minął. Powiedziałam chłopakowi, że jestem pewna co do ciąży, a on na to, że to nie jego, a przecież nigdy dotąd nie kwestionował mojej wierności!

Czas mijał, a mnie ogarniało coraz większe przerażenie. Nie potrafiłam już myśleć o niczym, jak tylko o tym, co się dzieje w moim brzuchu i jak się od tego uwolnić. Z byle powodu zalewałam się łzami. Nie wiedziałam, co się dzieje na lekcjach. Z dnia na dzień mój stan się pogarszał, nie byłam zdolna funkcjonować normalnie, nerwy miałam w strzępach, nie mogłam jeść, traciłam na wadze.

W szkole dostałam ataku histerii. Omal nie zemdlałam, prawie nie mogłam oddychać. Na kozetce pielęgniarki szkolnej zanosiłam się od płaczu, nie mogąc się opanować. Nikomu nie powiedziałam, co mi jest, w obawie, że mnie wyrzucą ze szkoły. Wysłano mnie do lekarza w towarzystwie przyjaciółki z klasy. W poczekalni opanowałam nerwy na tyle, by gdy przyszła moja kolej, zrelacjonować całe wydarzenie, nie wspominając o ciąży. Zostałam rutynowo zbadana, zrobiono mi EKG. „To na tle nerwowym” – powiedziała lekarka, po czym cicho, zatroskanym tonem spytała, czy nie jestem w ciąży. Pamiętam ulgę, że ktoś okazał szczere zainteresowanie i współczucie. Poczułam, że mogę w końcu pozbyć się ciężaru. Rozpłakałam się i przyznałam, że jestem w ciąży. Czy byłam u ginekologa? Nie i nie chcę iść. Wytłumaczyłam, dlaczego. Pani doktor uspokoiła mnie i dala wizytówkę lekarza, o którym powiedziała, że jest bardzo życzliwy pacjentkom. Pojechałam do niego – potwierdził mój stan. Znów płakałam.

Wiedziałam, że musze pozbyć się tej ciąży. Robiłam wszystko, o czym wiedziałam, że może spowodować poronienie. Zamykałam się w łazience, nalewałam gorącej wody do wanny, siedziałam w niej godzinami. Robiłam brzuszki, napełniałam wiadra wodą i podnosiłam, ile razy mogłam. Biłam się po brzuchu, przejrzałam wszystkie leki w apteczce i brałam te zabronione w czasie ciąży.

Myślałam z nienawiścią o płodzie, o tym, jak bezpiecznie siedzi sobie wewnątrz mnie, zamknięty w macicy ze szczelnie zamkniętą drogą dostępu. Byłam wściekła, że nie mogę się do niego dostać, wyrzucić stamtąd, że moje ciało tak go strzeże i pilnuje. Obmacywałam się po brzuchu próbując zgadnąć, w którym miejscu się ulokował, i rozmyślając, czy nie mogłabym dosięgnąć go drutem do robótek. Dziabnąć raz i uszkodzić, żeby sam wylazł. Zastanawiałam się, czy nie wstrzyknąć sobie czegoś, lecz nie miałam odwagi. Nienawidziłam wszystkiego, a najbardziej – siebie.

Później zaczęły się wymioty. Po powrocie ze szkoły padałam na łóżko, obok trzymałam wiaderko, matka patrzyła na mnie ze wstrętem i znęcała się psychicznie. Odmówiła mi aborcji. „Powołaliście nowe życie, teraz masz obowiązek urodzić”  mówiła. Pytała, czy wiem, jaki to ból dla kobiety stracić dziecko. Sama poroniła, do tego właśnie nawiązywała, ale nie chciała zrozumieć, że ja odczuwam inaczej. Straszyła mnie, że do końca życia będę nosić w sobie winę, że dziecko będzie mnie odwiedzać w snach. „Urodzisz i oddasz do adopcji”, zarządziła. (Boże, co ja urodzę po tych wszystkich środkach, legalnych i nielegalnych, którymi się napychałam, żeby spędzić płód?). „Skoro mam urodzić, to je zatrzymam – powiedziałam. – Albo będzie moje, albo go w ogóle nie będzie. Jak mogłabym je komuś oddać?”

Pewnie jednak i tak bym nie urodziła. Prędzej odebrałabym sobie życie. Myśl

o samobójstwie zaczynała mnie bowiem prześladować.

Podczas któregoś z badań wykryto u mnie jakieś nieprawidłowości. Skierowano mnie do szpitala. Dowiedziałam się, że prawdopodobnie mam ciążę pozamaciczną. Usuną mi!!! Radość nie do opisania. Z niecierpliwością czekałam na badanie USG, które miało być wykonane następnego dnia.

Rano byłam świadkiem, jak na oddział przyjmowano nowa pacjentkę. Była po poronieniu i miała mieć zabieg wyłyżeczkowania. Ordynator przybiegł na naszą salę i krzyczał na tę dziewczynę, że jest cwana, bo chciałaby się za darmo wyczyścić. Widocznie myślał, ze próbowała sama wywołać aborcję i przyszła na dokończenie zabiegu. Możliwe, że tak było. Dla mnie jednak było jasne, że to ta „darmowość” tak bardzo ordynatora zabolała.

Po tym zdarzeniu poszłam na USG. Badający mnie lekarz patrzył na ekran, coś mruczał pod nosem, ale mnie nie chciał nic pokazać ani powiedzieć. Dopiero gdy moja mama przyszła z wizytą, ujawniono wyniki skanu. Miałam po prostu wielka cystę na jajniku, a płód był w macicy. Wypisałam się na własne żądanie.

W tym czasie wrócił z zagranicy mój tata. Obiecał mi pomóc. Matka pozostawiła jemu decyzję. Poszliśmy razem do lekarza, jego znajomego, który miał zrobić mi zabieg za niską cenę. Trzy dni wcześniej zrobiłam USG, był to 7-8 tydzień i pęcherzyk ciążowy miał średnicę 2,2 cm. Śmiesznie mało, zważywszy na cale zamieszanie wokół „życia poczętego”. Lekarz spytał, czy jestem pewna, że chcę usunąć i czy wiem, że mogę przez to stać się bezpłodna. Było mi wszystko jedno, byle już się tego pozbyć.

Następnego dnia rano stawiłam się w klinice. Dostałam miejscowe znieczulenie, mimo którego czułam ból, był to jednak ból niosący wyzwolenie. Po zabiegu pozwolono mi odpocząć chwilę na kozetce, ale zaraz musiałam iść. Szczęśliwa, choć obolała, gorąco dziękowałam lekarzowi za to, że mnie ocalił, że oddał mi z powrotem moje życie. Kazał mi przyjść ponownie po dwóch tygodniach do kontroli i po „jakąś sensowną antykoncepcję”, ale tym zajął się już mój nowy ginekolog.



[1] Tekst pochodzi z publikacji Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny „Piekło kobiet trwa...”, Warszawa, 2004