Nr. 3 (16) - lato 2000

Logo FEDERA


Komentarz bieżący

Kobiety 2000 - Konferencja ONZ

Komentarz do uwag ogólnych Komitetu Praw Człowieka ONZ dotyczących równości praw
kobiet i mężczyzn


Uwagi ogólne przyjęte przez
Komitet Praw Człowieka


List do Rzecznika Praw Obywatelskich w sprawie podręczników do zajęć
edukacji seksualnej


Co dalej w sprawie Lublińca?

Wychowanie do życia
w rodzinie.
Kursy dla nauczycieli
a rzeczywistość

Z historii
Towarzystwa Rozwoju Rodziny


Federacja zorganizowała

Kobiety w dobie AIDS

Teksty potrójne
w diagnostyce prenatalnej


"Kobiety i Unia Europejska"
w odbiorze czytelników


NAJNOWSZE PUBLIKACJE FEDERACJI

e-mail:
federkob@waw.pdi.net

 

Wychowanie do życia w rodzinie
Kursy dla nauczycieli a rzeczywistość

Malwina Warszawska   

      Zajęcia z wychowania do życia w rodzinie zakończyły się w październiku ubiegłego roku egzaminem złożonym z dwóch części. Pierwszą był egzamin z naturalnych metod planowania rodziny metodą Rotzera, który polegał na oglądaniu wykresów z zaznaczoną temperaturą, śluzem i szczytem płodności i określaniu, czy autorka wykresu może, czy nie może. Potem należało jeszcze obronić ustnie tę część egzaminu. Panie egzaminatorki zadawały intymne pytań i zapisywały adresy egzaminowanych osób, bo "zawsze może się przydać". Nie podawałam swojego adresu, bo nie uważałam, że mógłby się on przydać. Ku swemu ogromnemu zdziwieniu, w kwietniu znalazłam w skrzynce pocztowej imienne zaproszenie na promocję wydawnictwa o naturalnych metodach planowania rodziny. Warto zauważyć, iż jedyną placówką, która dysponowała moim adresem zamieszkania, z zastrzeżeniem, że nie jest to adres korespondencyjny, było Ministerstwo Edukacji Narodowej. Ktoś udostępnił moje dane osobowe: rodzi się pytanie, kto z koordynatorów - czy pani Mierzejewska, czy pani Market-Deptowa.
   Kolejny egzamin to prezentacja scenariusza lekcji i seria krótkich pytań zadawanych przez p. Mierzejewską. Pojawiały się tematy bezpieczne: "Być czy mieć", "AIDS", "Rozwój dziecka w łonie matki". Nikt nie zaprezentował lekcji poświęconej na przykład zagadnieniom homoseksualizmu, aborcji czy antykoncepcji. Wszyscy chcieli zaliczyć tę część zajęć jak najszybciej. Nikt nie miał ochoty się spierać, żeby nie przedłużać. W połowie grudnia wszyscy szczęśliwcy, którzy przebrnęli przez końcowy egzamin, otrzymali świadectwa kwalifikacyjne, które uprawniają do nauczania przedmiotu.
   Teraz jeszcze dyrekcja szkoły musiała wystąpić do gminy z prośbą o przyznanie funduszy przeznaczonych na nauczanie przedmiotu, na razie tylko w ósmych klasach. Kiedy te się znalazły, nauczyciele mogli rozpocząć zajęcia; na uczestnictwo w nich swoich dzieci rodzice musieli wyrazić pisemną zgodę. Wcześniej na zebraniach zostali zapoznani z programem.

O czym rozmawiam z uczniami
na "wychowaniu do życia w rodzinie"

   Wyobrażenia rodziców, wyobrażenia uczniów i moje wyobrażenia o tym, co powinniśmy robić na zajęciach, wcale się nie pokrywały.
   Uczniowie myśleli, że będziemy mówić tylko o seksie, antykoncepcji, używkach. Rodzice w większości byli zadowoleni, że ktoś za nich wyjaśni wszystko, co związane jest z dojrzewaniem, a ja nie wiedziałam, o czym czternastolatki będą chciały ze mną rozmawiać. Z uczniami byłam zgodna co do najważniejszego - będziemy ze sobą rozmawiać. Zapoznałam ich też z programem, różnym jednak od tego, który narzucono nam "do wyboru" na szkoleniu. Urywki co ciekawszych jego fragmentów były drukowane w "Wysokich obcasach" z marca lub kwietnia tego roku. Jedno warto zaakcentować: rola dziewczyny, kobiety sprowadzona jest przez autorów podręczników i programów do roli matki - rodzicielki, z radością oczekującej w domu na powrót męża z pracy, układającej dla niego kwiaty w wazonie (!). Dobra żona, która jeszcze nie chce mieć dzieci, powinna też dbać o to, by mąż miał ochotę na seks wtedy, gdy są to jej dni niepłodne i cierpliwie przeczekał okres, gdy doktor Rotzer nie zaleca współżycia. Wydaje mi się, że takich informacji nauczyciel nie powinien przekazywać uczniom, nawet jeśli w myśl reformy oświaty ma zachowywać "nienaganną postawę moralno-etyczną".
   Zajęcia nie są obowiązkowe; przychodzą na nie tylko zainteresowani, więc z frekwencją bywało różnie. Jedna z klas ósmych stawiała się w komplecie, z innej przychodziła połowa. Ale uczestniczyli ci, którzy naprawdę chcieli. Trzy pierwsze zajęcia upłynęły w wesołej atmosferze wspólnych zabaw i rozmów, integrujących klasy w inny nieco sposób, niż to wygląda na normalnych lekcjach. Ale było to potrzebne; potem o wiele łatwiej rozmawiało się o "wszystkim". Ośmioklasiści mówili o swoich wyobrażeniach o przyszłej rodzinie. Nie pokrywały się one z wyobrażeniem autorów większości podręczników utrzymanych w "duchu katolickim". Żadna z dziewcząt nie chciała siedzieć w domu i czekać na męża, żadna nie marzyła o gromadce dzieci; nawet dwoje to było dla wielu zbyt dużo. Mówiły natomiast o równym podziale obowiązków domowych i docenianiu pracy partnera. Żaden czternastolatek nie wyobrażał sobie, by jego żona zamieniła się w "mamuśkę" siedzącą w domu i doglądającą dzieci. Dla dziewcząt ważniejsza była nauka i ciekawa praca niż szybkie założenie rodziny ("koło trzydziestki, proszę pani").
   Sporo czasu poświęciliśmy na zastanawianie się, skąd biorą się konflikty między rodzicami i dziećmi, jak je rozwiązywać. Nie znaleźliśmy gotowej recepty, jedynie kilka sposobów, jak "kupić" rodziców. Rozważaliśmy też kwestię "być czy mieć"; mówiliśmy o wpływie reklamy na życie, zastanawialiśmy się, dlaczego młodzież goni za markowymi ubraniami, dobrym sprzętem. Rozmawialiśmy o tolerancji. Każdemu życzyłabym rozmówców, którzy tak chętnie i odważnie wypowiadają swoje zdanie, nie obawiając się wyśmiania. Ja tylko proponowałam temat, stawiałam pytanie, dalej zajęcia prowadzili uczniowie. Ważne dla nich było, że wreszcie znalazł się ktoś, kto ich po prostu wysłuchał.
   Po serii wspólnych zajęć dla wszystkich nastąpił podział na te "żeńskie" i "męskie". Poprosiłam, aby uczniowie sami zaproponowali tematy rozmów. Podręcznikowe, adresowane do wszystkich, ale przeznaczone do oddzielnego omawiania dotyczą zmian psychicznych i fizycznych zachodzących w organizmie podczas dojrzewania. Dla dziewcząt obejmują metodę naturalnego planowania rodziny doktora Rotzera, przygotowanie dziewczyny do roli matki i dobrej żony oraz aborcję i jej negatywne konsekwencje. Dla chłopców: co dzieje się z dziewczyną w okresie dojrzewania, sposoby opanowania pożądania seksualnego. Otrzymałam kartki z pytaniami. W grupie dziewcząt pojawiały się najczęściej następujące pytania: "O czym i jak rozmawiać z chłopakiem, żeby go poderwać i nie wyjść przy tym na głupią?", "Dlaczego oni tak dziwnie się zachowują?", "Jak zaprosić go na randkę?". Raz pojawiło się też pytanie, co ma zrobić siedemnastolatka, jeśli zajdzie w ciążę ze swoim kolegą, który nie chce mieć dziecka. Tutaj porozmawiałyśmy jedynie, co mogłaby zrobić i gdzie powinna się zgłosić. Dziewczyny były zgodne, że to ona powinna podjąć decyzję, czy powiedzieć rodzicom, czy nie; czy urodzić dziecko, czy nie. Doszły do wniosku, że nie ma gotowej recepty. Rozmowy o "podrywaniu" przeradzały się w burzliwe dyskusje, podczas których potwierdziło się, że czternasto-, piętnastolatki nie myślą wcale o tym, o czym autorzy programów i podręczników myślą, że one myślą; czyli o rozpoczynaniu życia seksualnego możliwie najszybciej i z byle kim. Paradoksalnie, nie chcą też mieć tylko jednego chłopaka, który potem zostanie ich mężem, bo, jak stwierdziły, życie polega na poszukiwaniach. Nie można poprzestać na tym, co jest, bo człowieka może spotkać coś lepszego. Cztery godziny przeznaczone na oddzielne zajęcia dziewczyny przegadały. Oczywiście - przemycałam treści dydaktyczne, głównie o szacunku do samej siebie, możliwości decydowania o sobie. Rozmawiałyśmy też o metodach antykoncepcyjnych i "dowodach miłości". Tu były zgodne, że nie należy się z "tym" spieszyć. Niektóre dodawały, że wtedy, gdy człowiek nie jest zakochany, wszystko jest mniej skomplikowane i wiadomo, jak się zachować, ale gdy wybuchnie miłość, nikt nie zachowuje się racjonalnie. Temat aborcji nie budził zainteresowania ani emocji (choć budził ich wiele na religii) Dziewczyny stwierdziły, że jest to osobista sprawa każdej kobiety i że decyzja o przerwaniu ciąży może być tak samo trudna do podjęcia jak decyzja o urodzeniu dziecka. Podobnie wyglądały zajęcia z chłopakami. Najważniejsze pytania, to: "O czym rozmawia pani z dziewczynami?", "Co one o nas myślą?", "Jak zaproponować im randkę?", "Dlaczego są na nas ciągle złe i traktują nas z góry?". Znów cztery godziny minęły na rozmowach, które nie dotyczyły umiejętności opanowania żądzy seksualnej, lecz umiejętności współegzystowania z dziewczynami w pokojowych, a nie wojennych warunkach.
   Po zakończeniu cyklu zajęć z wychowania do życia w rodzinie ogarnia mnie uczucie zdziwienia. Albo uczniowie, z którymi prowadziłam zajęcia, byli jacyś dziwni, odbiegający od normy ustanowionej przez zatwierdzających program pracowników Ministerstwa Edukacji Narodowej, albo też program okazał się dziwny i nieprzystosowany do tego, o czym chcą rozmawiać uczniowie. Nie wiem, czy jest sens wkładać do głowy czternasto- i piętnastolatkom treści, które ich jeszcze nie interesują. Myśl o tym, że w przyszłości zostaną rodzicami, jest dla nich abstrakcyjna. Dziewczyny rozmyślają zapewne o tym, jak będzie wyglądał ich mąż, ile będą mieć dzieci, ale tak jak marzy się o willi na Florydzie. Nie warto tłumaczyć na siłę, że jedyne słuszne rozwiązanie to ten sam partner od szkoły podstawowej do późnej starości - choć wiele dziewcząt myśli o swoich sympatiach taki właśnie sposób. Nie ma też chyba sensu wpajanie, że dobra rodzina jest wtedy, gdy żona czeka na męża z ciepłym obiadem. Myślę, że najważniejszym zadaniem nauczycieli przedmiotu "wychowanie do życia w rodzinie" jest dostosowanie zagadnień programowych do potrzeb grupy, z którą przyszło im pracować. Ważne jest też przekonanie uczniów, że najważniejsi są oni sami; wpojenie im poczucia własnej wartości, nauczenie odpowiedzialności za własne czyny. Niestety, tu nauczyciel przedmiotu wchodzi w kompetencje rodziców i wychowawcy, choć powinien jedynie umacniać te umiejętności. Chciałabym, żeby nauczyciele szkoleni na kursach prowadzonych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej byli obiektywni i z natłoku wielu nie zawsze prawdziwych informacji, wybierali jedynie te rzetelne i prawdziwe. Dobrze by było, aby światopogląd nie ważył w ich dobieraniu.

Za pierwszym razem nie zachodzi się z ciążę
Preferujemy życie w czystości

Cofnij

Cofnij
zamknij okno
Następny artykuł

Następny artykuł