|
|
NIECHŻE GRZESZNICE CIERPIĄ W MILCZENIU
Państwo nie robi nic, żeby zagwarantować kobietom prawo do aborcji w przypadkach określonych ustawą. Jednocześnie nasila działania wymierzone przeciwko ludziom pomagającym im w przerwaniu ciąży. Nie robi tego jeszcze na tyle sprawnie, by zagrozić podziemiu aborcyjnemu, lecz wystarczająco skutecznie, by spotęgować atmosferę zagrożenia i wytworzyć wokół aborcji - dopuszczalnej we wszystkich niemal krajach Europy - klimat ciężkiego przestępstwa. Można powiedzieć, że sprawdził się czarny scenariusz przepowiadany przez przeciwników restrykcyjnego prawa antyaborcyjnego jeszcze przed jego wprowadzeniem. Jednak to, co dziesięć lat temu wzbudziłoby emocje, dziś przechodzi praktycznie bez echa. Powstają pytania: Czy brak szerszego protestu np. przeciwko policyjnym interwencjom w gabinetach ginekologicznych oznacza zgodę na obowiązującą ustawę? Czy przeciwnikom prawa kobiety do wyboru udało się rzeczywiście osiągnąć sukces? Moim zdaniem, ich sukcesem jest nie tyle zmiana stosunku ogółu społeczeństwa do zakazu aborcji, ile doprowadzenie do tego, że sama aborcja - jako przerwanie ciąży i jako zabieg medyczny - stała się tematem tabu. Skończyły się dyskusje na temat prowadzących do niej okoliczności, społecznych kosztów zakazu przerywania ciąży, dramatów kobiet i upokorzeń, na jakie są skazane. Nawet wśród samych kobiet niełatwo sprowokować dyskusję na ten temat, mimo iż wiele z nich ma związane z tym własne doświadczenia. O aborcji nie rozmawiamy, bo już nie potrafimy o niej szczerze mówić.
Gdy jednak musimy zabrać głos w tej sprawie, używamy zwrotów niemalże obowiązkowych w takiej sytuacji - odtwarzamy pewien rytuał (utrwalany zresztą przez publiczne wypowiedzi polityków opowiadających się za legalizacją). Zaczyna się on od formuły "aborcja jest zawsze złem, ale...". Po takiej formule nie ma już miejsca na wątpliwości, czy rzeczywiście przerwanie ciąży kobiety chorej lub brutalnie zgwałconej jest czymś moralnie złym. Nie pytamy też, czy dobre jest wydawanie na świat dzieci, których nie jest się w stanie kochać ani utrzymać. No cóż, rytuały mają to do siebie, że nie skłaniają do refleksji. Tymczasem ta formułka - ten dowód "kompromisowego" podejścia do problemu - wywiera zasadniczy wpływ na stosunek przeważającej części opinii publicznej do problemu aborcji, a w konsekwencji wpływa na sytuację tych kobiet, które nie chcą kontynuować ciąży. Zaryzykowałabym twierdzenie, że właśnie ta bezrefleksyjnie powtarzana formułka jest przyczyną milczenia, które tak trudno w Polsce przerwać. Po pierwsze, dlatego, że wypowiadany w dobrej wierze moralny osąd kończy dyskusję, zanim się ona jeszcze rozpocznie. Po drugie, trudno jest oczekiwać, że ludzie tłumnie i z przekonaniem opowiedzą się za legalizacją czynów złych w samym założeniu. Po trzecie zaś, w takiej atmosferze nie sposób mówić otwarcie o doświadczeniu własnym lub bliskich nam osób - któż zechce samotnie stanąć pod pręgierzem lub posłać tam znajomych?
|
Innym elementem rytuału jest dawanie wyrazu przekonaniu, że przerwanie ciąży zawsze szkodzi kobiecie - jej zdrowiu psychicznemu i fizycznemu. I w tym przypadku trudno oczekiwać, że kobiety, którym jednak to nie zaszkodziło, masowo o tym zaświadczą. Nie zrobią tego chociażby dlatego, że wiele z nich uważa się za wyjątki, za te nieliczne , którym udało się wyjść z tego doświadczenia bez szwanku. Jak mają dostrzec, że takich jak one jest więcej, jeśli nie wymieniają między sobą doświadczeń? - Aborcja jest przecież tabu.
Poza tym ciągle powtarzane "prawdy" o tzw. "syndromie postaborcyjnym" sprawiają, że w Polsce wręcz oczekuje się od kobiety poczucia winy i problemów psychicznych. Ta, która ich nie doświadcza, może narazić się na zarzut, że "coś jest z nią nie w porządku". Tymczasem doświadczenia kobiet na świecie wskazują, że odczucia po przerwaniu ciąży zależą od różnych czynników: od okoliczności, w których doszło do ciąży lub które doprowadziły do aborcji, od relacji z partnerem, stosunku otoczenia, wyznawanej religii itp. Odczucia te (lub ich brak) nie są wspólne dla wszystkich kobiet i nie można ich przypisać tzw. "kobiecości". Mitem "syndromu aborcyjnego" manipuluje się nie tylko w Polsce - sterowanie poczuciem winy zawsze było skutecznym narzędziem kontroli.
Kolejnym problemem jest straszenie fizycznymi skutkami aborcji. Trudno je pomylić z pożądanym przecież informowaniem o potencjalnych konsekwencjach zabiegu medycznego. Przerwanie ciąży w odpowiednich warunkach i przez wykwalifikowane osoby jest zabiegiem bezpiecznym - dziesięciokrotnie bezpieczniejszym niż sam poród. Jeśli więc straszy się kobiety aborcją, to powinno się nas również na wszelki wypadek przestrzegać przed porodem. Nie słyszałam jednak nigdy o takiej akcji i prawdopodobnie nigdy nie usłyszę. Ta nadmierna troska o zdrowie kobiet pojawia się zawsze wtedy, gdy trzeba nam czegoś zakazać. Wtedy, gdy troska nam służy, rzadko bywa nadmierna. Wyolbrzymianie fizycznych skutków przerywania ciąży wywiera wpływ na język, jakim się w Polsce posługujemy. Spotkałam się z przypadkami podważania przez polskich lekarzy zasadności stosowania szeroko rozpowszechnionego na świecie terminu "bezpieczna aborcja". "Aborcja nigdy nie jest bezpieczna" - usłyszałam. Czy któryś z lekarzy wyrazi się tak kategorycznie o innym niezbyt
ryzykownym zabiegu chirurgicznym? Na świecie mianem bezpiecznej aborcji określa się zabiegi dokonywane - w przeciwieństwie do aborcji niebezpiecznych - w warunkach, które nie zagrażają zdrowiu i życiu kobiety. W praktyce warunkiem uczynienia aborcji zabiegiem bezpiecznym jest legalizacja przerywania ciąży. Jeśli z tego doświadczenia innych nie skorzystamy, to będziemy wciąż podążać w odwrotnym niż świat kierunku. A że w Polsce nie wypada mówić o aborcji w innym niż negatywny kontekście, więc brakuje nam również wiedzy na temat postępów medycyny w tej dziedzinie. W krajach rozwiniętych, inaczej niż u nas, pracuje się nad tym, by zabieg ten był dla kobiet jak najmniej stresujący i dolegliwy. Stosowane powszechnie w Polsce łyżeczkowanie (tzw. skrobankę) zastąpiono niemal całkowicie metodą próżniową. W naszym kraju o poprawie jakości zabiegów przerywania ciąży w ogóle nie wypada mówić. Niechże "grzesznice" cierpią w milczeniu! Podobnie jest z coraz bardziej popularną na Zachodzie pigułką RU 486 dającą kobietom większą możliwość wyboru. W Polsce została ona nie tylko moralnie osądzona, ale osąd ten próbuje się rozszerzyć na tzw. antykoncepcję doraźną, przyjmowaną do 72 godzin po stosunku. Skutkiem tego jest dość powszechne mylenie przez ludzi tych dwóch zupełnie różnych w działaniu środków.
Rytuał przyjęty przez zwolenników prawa kobiety do decydowania nie tylko nakazuje stosować pewne formuły, ale też pewnych argumentów zakazuje. Na początku lat dziewięćdziesiątych demonstrujące przed Sejmem kobiety niosły transparenty "mój brzuch należy do mnie". Nie ma w tym stwierdzeniu nic odkrywczego i nic nieprawdziwego. Jeśli ktoś się z tym nie zgadza, niech udowodni, że tak nie jest. Tymczasem tekst ten wywołał falę oburzenia i został uznany za wulgarny. Do dziś nie mogę zrozumieć, dlaczego. Słowo "brzuch" nigdy przecież nie brzmiało niesmacznie. Całe hasło budziło jednak oburzenie zwolenników całkowitego zakazu aborcji. Dla nich jest oczywiste, że brzuch kobiety jest nie tyle elementem jej ciała co "naczyniem ze źródłem życia" i jako takie podlega społecznej kontroli. Mogę więc zrozumieć, skąd bierze się ich reakcja. Nie mogę jednak pojąć, dlaczego pozwoliliśmy narzucić sobie ich ideologiczne uprzedzenia. Podobnie stało się z innymi tematami ściśle związanymi z problemem niechcianej ciąży i aborcji - z oświatą seksualną i antykoncepcją. W Polsce występuje zjawisko, które zadziwia zagranicznych obserwatorów. Jest ono szczególnie widoczne w mediach, a polega na kompletnym niedostrzeganiu związku między kwestią antykoncepcji a aborcją, dzieciobójstwem i porzucaniem dzieci. Licznym informacjom na temat zaniedbanych dzieci lub porzuconych, martwych noworodków praktycznie nigdy nie towarzyszą pytania o przyczyny braku działań pozwalających uniknąć niepożądanej ciąży ludziom, którzy nie chcą potomstwa. Dla tego rodzaju informacji szuka się jednak w mediach jakiejś puenty i coraz częściej staje się nią "wyrok" na kobietę. O roli mężczyzny pamięta się tylko wtedy, gdy nie sposób jej już nie dostrzec. Ogólnie można odnieść wrażenie, że w Polsce panowie nie mają udziału w narodzinach niechcianych dzieci. Zresztą kobiety do tego osamotnienia powinny już przywyknąć. Nie mogą bowiem również liczyć na zrozumienie ze strony środowiska lekarskiego. Wkraczamy w XXI wiek, ale - mimo dorobku Boya - środowisko to zdaje się nie dostrzegać roli, jaką ma do odegrania w dziedzinie upowszechniania metod zapobiegania ciąży. Nie chcę przez to powiedzieć,
że nie ma w ogóle lekarzy, którzy takie działania podejmują. Brakuje jednak szerszej inicjatywy oddolnej i oddolnego nacisku na władze w celu zmiany ich nastawienia do
skutecznego planowania rodziny. Przełamanie tabu w tej dziedzinie byłoby już naprawdę dużym osiągnięciem.
Milczenie w sprawie aborcji uśpiło społeczną wrażliwość na to wszystko, co Boy określał mianem "piekła kobiet". Żeby tę wrażliwość rozbudzić, trzeba brać z niego przykład i mówić o tych sprawach głośno i otwarcie. Zgoda na to, by temat ten stanowił społeczne tabu, jest równoznaczna z "zamrożeniem" dzisiejszej sytuacji - sytuacji, w której kwitnie aborcyjne podziemie i nie robi się nic, żeby kobiety nie musiały uciekać się do aborcji.
Aleksandra Solik
|