|
|
O EDUKACJI SEKSUALNEJ RAZ JESZCZE
Zaczyna się nowy rok szkolny, co cieszy, bo wreszcie niesforna młodzież, zamiast włóczyć się po miastach i łąkach, zasiądzie w szkolnych ławach, żeby o tych miastach i łąkach porządnie się pouczyć. Szkołę zalewa scjentyzm, można wręcz powiedzieć, że przeciętny nastolatek poświęca nauce więcej czasu i pilności niż niegdysiejszy zakonnik teologii. Są wszelako - i całe szczęście - wyłomy w tym zalewie scjentytyzmu. Są przerwy między lekcjami, jest godzina wychowawcza, lekcja katechezy, wf oraz edukacja seksualna, o ile, oczywiście, dyrektor zdecyduje się na taki kontrowersyjny eksperyment.
Dziecko, jak wiemy, przyswaja sobie w szkole całą masę wiadomości, w większości niepotrzebnych, co jednak wcale nie znaczy, że sam proces ich wchłaniania jest zbyteczny, przeciwnie, służy on "rozciąganiu mózgu", a to jest właśnie podstawowe zadanie szkoły. Otóż zawsze mi się wydawało, że przy takim namiarze informacji przydałyby się też przedmioty, dzięki którym młodzież mogłaby się nauczyć czegoś bardziej przydatnego w praktyce, na przykład korzystania z internetu, banku, giełdy, albo przygotować się do jakieś formy aktywnego uczestnictwa w życiu publicznym, samorządowym, politycznym, czy wreszcie do tego, by bardziej odpowiedzialnie i w sposób pełniejszy realizować się w życiu prywatnym. Czymś takim mogłaby być edukacja seksualna, ale nie jest to zapewne możliwe w bieżącym tysiącleciu, a już na pewno nie w naszych polskich realiach, bo - z niewiadomych właściwie względów - edukacja seksualna wciąż wydaje się naszym decydentom czymś niebezpiecznym, złowrogim, kłopotliwym. Racja, po co kusić szatana? Edukacja seksualna nie może wyjść z cienia. Z cienia przesądów, zacietrzewienia czy wreszcie hipermoraliza-torstwa, które w polskiej rzeczywistości w ogóle poważnie ciąży i niekorzystnie odbija się na moralnych drogowskazach. Hipermoralizatorstwo to rodzaj sportu, polegającego na bardzo wysokim zawieszaniu poprzeczki moralnych wymagań. Są one zawieszone tak wysoko, że nikt normalnego wzrostu nie tylko nie jest w stanie do nich doskoczyć, ale już nawet nie może ich dostrzec. Wiszą więc sobie gdzieś na nieboskłonach, budząc wielkie zadowolenie u tych, którzy je tam zawiesili. Zadowolenie i poczucie dobrze spełnionego obowiązku (moralnego, pedagogicznego, naukowego wreszcie, bo owi zawieszacze poprzeczek uwielbiają powoływać się na naukę, to znaczy na naukowość poprzeczek i ich wysokości). W edukacji seksualnej poprzeczki te wyglądają mniej więcej tak. Trzeba się kochać (miłością bliźniego najlepiej) i być posłusznym mężczyźnie, nie można kontrolować własnej płodności, bo jak się to robi, to można się źle poczuć (paraliże, krwawienia, niedowłady etc.) lub rozwieść (a wiadomo, kobieta rozwiedziona lub bez rodziny przestaje być kobietą, bo nie ma jak się spełniać). W świecie tak ustawionych drogowskazów nie ma miejsca na ludzkie tragedie i na szarą rzeczywistość, tu nikt nikogo nie bije, nie molestuje, nie ma niepożądanych ciąż i ludzkich (kobiecych) tragedii.
|
|
Nie ma tez złych uczuć, prawdziwej miłości, szaleństwa i nienawiści. A w każdym razie są to rzeczy marginalne, które zdarzają się zdecydowanie rzadziej niż komplikacje poantykoncepcyjne i poedukacyjne - bo te są najgorsze z możliwych. Bylebyśmy się kochali i rozmnażali, reszta już przyjdzie sama, a jak zaczniemy myśleć inaczej (że na przykład można zaplanować własną rozrodczość, własne życie, lub spędzić je nie-prorodzinnie, że ważna jest własna autonomia i prywatna pomyślność), to wtedy wszystko się zawali i trafi nam się najgorsze, co tylko być może.
Ale na razie wszystko jest po staremu. Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich odparło zarzuty postawione w piśmie Federacji, powołując się na inne pisma przesłane - a jakże! - przez autorów kuriozalnych podręczników, którzy po raz kolejny w naukowy, jedynie słuszny sposób, przywołując najnowsze osiągnięcia wiedzy (np. z końca lat siedemdziesiątych) udowodnili, że mają rację. I jeszcze skrytykowali Federację, że nie zna znaczenia różnych słów, myśli nielogicznie, a nawet absurdalnie, i do tego nie ma pojęcia o osobowej godności człowieka. Nic zresztą dziwnego, że nie ma, bo wszak wszelkie "ruchy feministyczne" nie różnią się właściwie od "ideologii totalitarnych", które - jak wiadomo wszem i wobec - negowały różnice między kobietami i mężczyznami, co "prowadziło już w historii do czynienia krzywdy, a cierpiały na tym najbardziej właśnie kobiety". Najgorsza jest jednak Federacja, szczególnie groźna agenda tych ruchów, bo najwyraźniej chce ona "propagować środki zabijające człowieka" (skoro propaguje antykoncepcję, w tym również spiralę) i dziwi się, że inni mogą, a nawet muszą oceniać to moralnie.
Rozumiem ideologiczne stanowisko autorów podręczników, nie rozumiem tylko, dlaczego muszą ubierać swe skądinąd ciekawe zapatrywania w płaszczyk wiedzy naukowej, pewnej i jedynej (a do tego, oczywiście, amerykańskiej). Płaszczyk to nader kusy i bardzo niestarannie zapięty. Żaden naukowiec nie powie bowiem, że zna całą prawdę. Tylko doktryner i ideolog mogą o sobie powiedzieć: "piszemy całą prawdę o", korzystamy z "najlepszej i najpełniejszej pozycji w tej tematyce". Tylko autorzy podręczników mają bowiem dostęp do wiedzy jedynej i prawdziwej, w tym do wiedzy statystycznej. Dowiedziałam się właśnie - prof. Maria Ryś jest jedynym źródłem, ale za to solidnym, więc nie musi niczego opatrywać przypisem - że małżeństwa, które stosują antykoncepcję, rozwodzą się w ponad 40%, te zaś, które planują naturalnie, tylko w 2%. Pamiętam, jak w czasach komunizmu nauczyłam się rozpoznawać ideologiczną propagandę, po tym, że zawsze mówiła o prawdzie, o "całej prawdzie", "jedynej prawdzie", "pełnej prawdzie", zawsze mówiła o "prawdziwej wolności", o "prawdziwej odpowiedzialności", o "prawdziwej historii" i "jedynej słusznej nauce" i zawsze miała na podorędziu masę adekwatnych danych statystycznych (że u nas się więcej stali leje i że, statystycznie rzecz biorąc, nie ma prostytutek, a jeśli są, to tylko jako relikt burżuazyjnej przeszłości naszego kraju, i że tylko 2% nie lubi socjalizmu, a cała reszta go kocha i jest w nim bezgranicznie szczęśliwa).
Dziwi mnie też ogromne zaangażowanie autorów po stronie kobiet. Troszczą się oni o ich możliwe krwotoki czy utratę cech płciowych (co - oczywiście - nagminnie trafia się przy używaniu środków antykoncepcyjnych), paraliże (po nałożeniu spirali); depresje i choroby psychiczne (po aborcji), zapominając o innych bardziej realnych nieszczęściach, które towarzyszą kobietom od dawna, a od których wyzwoleniem może być antykoncepcja, a na pewno edukacja seksualna. Sama osobiście nie zetknęłam się z żadną z dolegliwości opisywanych tak malowniczo przez autorów podręczników, natomiast coraz częściej słyszę o zabijaniu noworodków, molestowaniu seksualnym, porzucaniu dzieci, biedzie wielu rodzin i bogaceniu się ginekologów (bo jest oczywiście wielką naiwnością sądzić, że liczba aborcji w Polsce zmniejszyła się tylko dlatego, że obowiązuje ustawa antyaborcyjna). Kobieta, zwłaszcza młoda dziewczyna, które nie chce mieć dziecka, nie będzie go miała, choćby miało ją to kosztować zdrowie, życie, albo majątek. Osobiście bardziej niż nad ubocznymi (niezwykle rzadkimi wszak) negatywnymi skutkami antykoncepcji boleję nad losem kobiet, które przeżywają dramat niechcianej ciąży i paniczny strach przed opinią otoczenia, które są samotne ze swoim problemem, bezradne, zagubione, narażone na ostracyzm i upokorzenia. Boleję nad losem młodych dziewcząt, które zachodzą
w ciążę w wieku szestnastu lat będąc niczego nieświadome, bo zawierzyły idylicznym wizjom "kompetentnych" pedagożek i naturalnym metodom planowania rodziny. Boleję również nad losem kobiet dojrzałych, pozbawionych wszelkich złudzeń co do małżeństwa, które gwałcone są przez swoich pijanych mężów, a które nie mogą ani wyżywić, ani wychować kolejnego dziecka. Jakoś te sprawy znacznie bardziej mnie przejmują niż prawdy o ewentualnych krwawieniach i szkodliwości rozsądnej to znaczy zgodnej z naukowymi a nie moralizatorskimi standardami edukacji seksualnej.
Okropnie się niegdyś bano, co się stanie, jeśli ludzie dowiedzą się, że to Ziemia kręci się wokół Słońca, a nie odwrotnie. "Edukacja" seksualna w proponowanych obecnie wersjach wydaje się być jednym z ważnych bastionów utrzymania męskiej hegemonii w życiu społecznym. Wszystko się kręci wokół ich potrzeb, instytucji, wizji wolności. Trzeba zatrzymać Ziemię; wolny może być tylko mężczyzna; kobieto - do dzieci! I na nic nie narzekaj. Pamiętaj, że twoim jedynym wrogiem jest wolność i autonomia.
Magdalena Środa
|