MEN edukuje !!!

      Jednym z nowych przedmiotów w zreformowanej szkole będzie przedmiot "wychowanie do życia w rodzinie". Jego poprzednik nosił nazwę "przygotowanie do życia w rodzinie". Różnica niby żadna, lecz według przygotowujących nowe ramy programowe - zasadnicza. Otóż "przygotowanie" miało sugerować uczniom, że główny nacisk zostanie położony na sferę seksualności, "wychowanie" zaś oznacza wzrastanie w miłości i odpowiedzialne wybieranie jednego partnera na całe życie.

      Centrum Metodyczne Pomocy Psychologiczno-Pedagogicznej MEN w grudniu ubiegłego roku wysłało do większości warszawskich szkół karty zgłoszeń. Odpowiedziało na nie czterdziestu nauczycieli, a nie zaś stu pięćdziesięciu, jak zakładało Centrum. Program kursu przewiduje 250-godzinne szkolenie, obejmujące: metodykę i dydaktykę przedmiotu, podstawy wychowania do życia w rodzinie, zagadnienia seksuologiczne (w tym problematykę HIV/AIDS, narkotyki), psychologiczno-pedagogiczne i biomedyczne.
      O metodyce i dydaktyce przedmiotu nie warto nawet wspominać. Dwa zmarnowane dni. (...) Potem też nie było lepiej - trening asertywności pokazał tylko pobieżnie metody komunikacji, aktywnego słuchania, udowodnił też, jak niewielki jest zakres tolerancji uczestników dla tych, którzy mają odmienne zdanie. W jednym z ćwiczeń każdy miał powiedzieć, czy zgadza się z czyjąś opinią, czy nie. Nie należało niczego komentować ani uzasadniać. Niewiele osób potrafiło poskromić emocje, gdy z sali padło "W każdym liceum - aparat z prezerwatywami", albo "Każdy ma prawo do eutanazji"...
      Podczas kolejnych wykładów nastąpił konflikt między wiedzą medyczną i psychologiczną prowadzących, a uczuciami jednej z uczestniczek, która odczuwała "dysonans poznawczy" za każdym razem, gdy wykładowca używał sformułowania "środki zapobiegające ciąży". Wszak ciąża nie jest chorobą, której należy zapobiegać - argumentowała zapalczywie pani.

      (...) Cztery piękne lipcowe dni zostały poświęcone opanowaniu metody naturalnego planowania rodziny według Rötzera. Jest to połączenie mierzenia temperatury, obserwacji śluzu i badania szyjki macicy z matematycznym wyliczaniem, kiedy można, a kiedy - nie. (Przy okazji okazało się, że metody planowania rodziny zwane do tej pory naturalnymi przemianowane zostały na "ekologiczne".) Przez prawie czterdzieści godzin nauczyciele w zeszycie ćwiczeń wypełniali karty obserwacji anonimowych kobiet i wyliczali prawdopodobieństwo zajścia w ciążę. Jedyny obecny na sali mężczyzna cierpiał prawdziwie, gdy prowadząca z zaangażowaniem tłumaczyła różnicę między śluzem płodnym (jak białko jaja) i niepłodnym, szyjką macicy wskazującą płodność (jak płatek ucha) i wskazującą jej brak (jak czubek nosa). Gdy się okazało, że warunkiem zaliczenia tej części zajęć jest zdanie egzaminu praktycznego polegającego na prowadzeniu przez trzy - cztery miesiące własnych kart obserwacji i wykonywaniu czynności z tym związanych - mierzeniu temperatury, obserwacji śluzu, zaznaczaniu dni, w których odbywały się stosunki - na sali rozległy się protesty. Tym bardziej zrozumiałe, że zaliczenie tej części zajęć stanowi warunek przystąpienia do egzaminu końcowego. Argumenty protestujących kobiet były różne: od używania innych środków antykoncepcyjnych, poprzez menopauzę, niezgodę partnera, aż po prawo do ochrony prywatności. Propozycja prowadzącej była następująca: "Proszę poprosić siostrę, matkę, sąsiadkę". W najtrudniejszej sytuacji był jedyny mężczyzna na sali. Ze zrozumiałych względów nie mógł obserwować siebie, zaproponowano mu więc żeby obserwował żonę - przecież "to naturalne". Nie mogąc dojść do porozumienia z prowadzącą, zbuntowane osoby zwróciły się do koordynatora przedsięwzięcia pani Grażyny Mierzejewskiej, która zdziwiła się niezwykle, bo "w małych miastach wszystkie panie robiły to bez buntowania się". Po długich naradach postanowiono, że karty obserwacji wypełni ten, kto chce. Przeciwnicy wypełniania kart uznali, że nie muszą szczegółowo opanowywać metody Rötzera, ma ona bowiem być tylko jedną z kilku zaprezentowanych uczniom a zadaniem nauczyciela nie jest jej nauczanie lecz obiektywne poinformowanie o istnieniu tej oraz innych metod.

   Warto wspomnieć, jak przedstawiono inne niż "ekologiczne" sposoby zapobiegania ciąży. Wszystkie one są złe i niszczą organizm kobiety. Prowadzące ujednoliciły zasady działania poszczególnych środków, uznając wszystkie za wczesnoporonne, ponieważ uniemożliwiają "zagnieżdżenie się dziecka w macicy". Tak więc niekorzystne działanie pigułki hormonalnej polega na zagęszczeniu śluzu szyjkowego, zmianie ruchu robaczkowego jajowodu, zagrożeniu infekcją, bo hormony sterydowe obniżają obronę immunologiczną. Pigułka zwiększa ryzyko zachorowania na raka szyjki macicy (trzykrotnie) i raka wątroby, może spowodować zawał serca, udar mózgu, zakrzepicę i żylaki. Warto też wspomnieć, że "u partnerów kobiet zażywających pigułkę zaobserwowano spadek liczby plemników o połowę, nasilenie występowania raka i feminizacja członka (?)". Z kolei wkładka domaciczna: "powoduje rozwijanie się dziecka obok niej, niszczy błonę wewnątrzmaciczną". Słów kilka o środkach plemnikobójczych: "powodują dekondensację jądra komórki jajowej i anomalie rozwojowe, których jest dwukrotnie więcej niż u innych dzieci (czytaj: płodów), powodują one również uczulenia u mężczyzn". Prezerwatywa "zmniejsza ryzyko zajścia w ciążę o 40%, powoduje uczulenia u obojga partnerów". Aborcja i sterylizacja to bez mała wytwory diabła, pigułka wczesnoporonna zaś "powoduje nieodwracalne zmiany w organizmie kobiety".
      Prowadzące nie podały żadnych źródeł, z których pochodziły powyższe rewelacje, można się tylko domyślać, że zostały one zaczerpnięte z ekologicznych przemyśleń Rötzera. Nie trzeba dodawać, że taka właśnie wiedza będzie wymagana na egzaminie końcowym w połowie października.

      To smutne, że dzieci będą uczone przez niekompletnie, wybiórczo przygotowanych nauczycieli. Pół biedy, jeśli nauczyciel z natłoku bzdurnych i fałszywych informacji będzie potrafił wybrać te najważniejsze, prawdziwe. Gorzej, gdy jego światopogląd zaważy na obiektywizmie w segregowaniu informacji. Wtedy może się okazać, że wychowane zostanie pokolenie do życia w wielodzietnej, biednej rodzinie, bo przecież celem aktywności seksualnej w rozumieniu założeń programu jest prokreacja, nie zaś przyjemność z bycia blisko z drugą osobą. Nauka wstrzemięźliwości i czekanie na tę jedną jedyną osobę może się zakończyć dla młodych ludzi okaleczeniem psychicznym. Ciekawe, że podczas trwania zajęć tylko jeden wykładowca poruszył kwestię masturbacji jako działania mającego rozładować napięcie seksualne. Dla innych ten problem nie istniał, bo człowiek wierny swym wartościom, nie będzie przecież łamał nakazów moralnych. Może wybierze rozwiązanie alternatywne: pływalnie, koszykówkę, kółko teatralne, wspólnotę religijną. Może...
Cała nadzieja w nauczycielach, którzy będą normalnie, obiektywnie i uczciwie "wychowywać do życia w rodzinie".

Nazwisko i imię do wiadomości redakcji

Na początek


zamknij okno