Nr. 4 (21) - zima 2001

Logo FEDERA


W numerze:

Komentarz bieżący

EDUKACJA SEKSUALNA
PO POLSKU:
Co każda dziewczynka
wiedzieć powinna...

Krytyka ideologicznego
używania terminu
"syndrom poaborcyjny"

SEKSUALNOŚĆ
I MORALNOŚĆ:
Viagra i barchany


Antykoncepcja doraźna
- pytania i wątpliwości


ZDROWIE I MEDYCYNA:
Problem
nietrzymania moczu
- tabu w polskim społeczeństwie


Ze świata

Senat kontra Bush

Listy

Z ostatniej chwili

Polecamy!


e-mail:
federkob@waw.pdi.net

Krytyka ideologicznego używania terminu
"syndrom poaborcyjny"

prof. Lech Ostasz*

      Przeciwnicy dopuszczalności aborcji usiłują rozbudowywać i nadmiernie generalizować problem "syndromu poaborcyjnego". Taki syndrom zdarza się, owszem, ale też często nie ma on miejsca. Tych pierwszych przypadków jest mniej niż tych drugich, ale przedstawiciele ruchu antyaborcyjnego akurat nagłaśniają przypadki, gdy się zdarza. Jednak także i w tych nielicznych przypadkach dużo zależy od interpretacji.

1. Określenie syndromu
Jak zwykle, by uzyskać wartościową konkluzję, trzeba wyjść od doprecyzowania pojęć. Syndrom jest dość luźnym pojęciem psychologicznym, psychosomatycznym bądź medycznym.1 Syndrom ma co najmniej dwie warstwy:

  1. rzeczywisty proces i efekt w postaci zaburzenia, czy dysfunkcji; może ona być: lekka, średnia lub mocna, a także krótkotrwała lub długotrwała;
  2. warstwę interpretacyjną, sugestii, autosugestii, wiary:
    1. pochodzącą od wpływu innych ludzi;
    2. pochodzącą od siebie samego, tzw. autoobjaśnienie (lub jak wyrażają się niektórzy psycholodzy, np. M. Seligman, styl wyjaśniania).

   Warstwę drugą można unaocznić efektem placebo. Podanie obojętnej pod względem chemicznym pigułki z silną sugestią ludzi z autorytetem medycznym, społecznym, etycznym osłabia lub nasila symptom, przyczynia się do skutku pozytywnego lub negatywnego. (...)
Badania syndromu nie są wiarygodne, gdyż można dobrać do badania taką grupę kobiet, że wykaże się to, co chce się wykazać. Dlatego nasza argumentacja nie idzie po linii wykazania czegoś w sposób empiryczny, lecz po linii mówiącej, że wolność wyboru danej jednostki jest na tyle ważna, że ma prawo ona wybrać aborcję nawet, gdyby w grę wchodził syndrom poaborcyjny.
Oczywiście, że taka ingerencja w organizm jak przerwanie ciąży oznacza czasowe osłabienie lub wytrącenie go z równowagi. Jednak ingerencja może być czasowym wytrąceniem z równowagi obecnej, z którą jest się w konflikcie (a więc równowagi niepożądanej), by wrócić do pożądanej równowagi: w tym przypadku równowagi z płodem (niepożądanym), do równowagi bez płodu. Organizm ludzki, w ogóle każdej istoty żywej, tak funkcjonuje, że co rusz jest lekko lub średnio naruszana równowaga, która jednak musi się utrzymywać, by organizm żył i prosperował. Każda interwencja lekarska jest jakimś czasowym zaburzeniem równowagi; bakterie, wirusy, pasożyty, czy mutagenne wpływy środowiska (w tym kosmicznego) co jakiś czas zaburzają równowagę w naszych organizmach. Nie ma nic nadzwyczajnego w czasowym naruszeniu równowagi w przypadku aborcji. Decydująca jest pożądana równowaga dla danej kobiety. Poza tym każdy człowiek ma prawo wystawić się na czasową nierównowagę. [...] Może np. napić się alkoholu, może wejść na himalajski szczyt (z ryzykiem śmierci, jeździć samochodem wiedząc, że w kraju wielkości Polski ginie corocznie w wypadkach samochodowych około 7 tysięcy ludzi), może dokonać amputacji kończyny, sterylizacji, czy aborcji, może rozbudowywać mięśnie przez długoletni trening, czy doprowadzać do ich zaniku przez długoletnią ascezę itd., celibat jest też ingerencją i zaburzeniem równowagi polegającej na nieużywaniu narządów płciowych (które ewolucyjnie wykształciły się do używania), zaburzeniem cyrkulacji hormonów związanych z tą aktywnością, zaburzeniem w sposobie postrzegania ludzi, prowadzącym do lęków, fobii. Można by więc mówić o syndromie celibatowym. W ogóle termin "syndrom" można dołączyć do każdej trudnej sytuacji, np. syndrom porzucenia, a nawet syndrom nadmiaru szczęścia, czy syndrom presji ideologicznej, syndrom przedślubny. (...)
Człowiek jest z definicji istotą myślącą i przynajmniej do pewnego stopnia autonomiczną. Musi więc mieć możliwość wyboru również czasowego braku równowagi w sobie samym.
Psychologia wykazuje, że nawet konsekwentne oczekiwania, nie mówiąc o nadmiernych, nasilają symptomy. Znany jest proces tzw. samospełniania się przyjętych założeń o kimś (o sobie, o innych).
Antyaborcjoniści to magowie negatywnego wudu. Tylko że wudu to prymitywna praktyka magiczna. A my żyjemy w cywilizacji, w której ceni się wiedzę, argumentację, racjonalność, prawa człowieka. Ale okazuje się, że stare wzorce zachowań: magia, wudu, wiara dogmatyczna, autorytarny posłuch i rozkazywanie (hierarchów religijnych i polityków prawicowych), że te stare praktyki są jeszcze aktualne w sferze życia erotycznego i prokreacyjnego. Jednak doprawdy nie można w społeczeństwie względnie wykształconych ludzi godzić się na takie uproszczenia, pseudopsychologię i masywny atak ideologiczny jaki stosują antyaborcjoniści.
Ale my krytykujemy praktykę, gdy organizacje kościelne i prawicowe narzucają w warstwie drugiej syndromu tylko negatywne sugestie. Prawdę mówiąc jakimże karłowaceniem ludzkiego życia jest to, że z puli możliwości: pozytywne, negatywne, neutralne sugestie dobiera się tylko negatywne. Cóż za redukcjonizm antropologiczny, cóż za krzywdzenie życia ludzkiego. Sądzę, że taki redukcjonizm trzeba rozpatrywać w kategoriach ideologii, ale pamiętajmy, że ideologia przedłużona i nadmierna staje się zaburzeniem psychicznym.

2. Stosowane mechanizmy
Organizacje antyaborcyjne twierdzą, że przerywanie ciąży zawsze szkodzi kobiecie, jej zdrowiu psychicznemu i fizycznemu. Te kobiety, które rzeczywiście miały powikłania potwierdzą to, ale potwierdzą tylko te, które je miały, nie zaś te, które ich nie miały. Jeśli ktoś zbierze jedynie przypadki kobiet, które miały jakieś powikłania, pominie przypadki tych, które ich nie miały i na tej podstawie dokona uogólnienia - to popełni błąd. Antyaborcjoniści popełniają ten błąd albo nie zdając sobie z tego sprawy, albo zdają sobie z niego sprawę, ale milczą, aby go wyzyskać ideologicznie.
A więc zdarza się niekiedy syndrom poaborcyjny; w takim przypadku potrzebna jest solidna pomoc psychoterapeutyczna i medyczna. Ale tylko wtedy, gdy się zdarzy nie wtedy gdy się nie zdarzy. Gdyż pomoc stosowana, gdy nie ma realnej dysfunkcji przemienia się w szkodzenie. Jeśli ktoś zrobi błędne założenie, że wszystkie kobiety po aborcji cierpią na syndrom, to idąc im z pomocą, szkodzi tym, u których on nie występuje, a tych jest większość.2
Organizacje antyaborcyjne absolutyzują syndrom poaborcyjny, generalizują nieliczne przypadki na wszystkie kobiety dokonujące aborcji, bo mają swoje motywy i cele. Jakie? Przede wszystkim jest to cel kontrolowania rozrodczości wszystkich kobiet. Ale cel to niezgodny z elementarnymi prawami człowieka i ich istotną częścią tj. prawami seksualnymi i reprodukcyjnymi.3 Inny motyw, to chęć ingerencji w intymność innych, kolejny to prawdopodobnie kompensacja własnych zaburzeń w sferze seksualnej; kolejny to służba, niemal paramilitarna, niemal ślepa, ideologii i organizacji religijnej, posłuszeństwo jej zwierzchnikom; kryje się za tym typ osobowości opisywany jako autorytarna lub sztywna. (...)

***

Ale zastanówmy się nad trudnościami związanymi z aborcją. "Doświadczenia kobiet [...] wskazują, że odczucia po przerwaniu ciąży zależą od różnych czynników: od okoliczności, w których doszło do ciąży lub które doprowadziły do aborcji, od relacji z partnerem, stosunku otoczenia, wyznawanej religii itp. Odczucia te (lub ich brak) nie są wspólne dla wszystkich kobiet i nie można ich przypisywać tzw. kobiecości. Mitem Ťsyndromu aborcyjnegoť manipuluje się szczególnie w Polsce - sterowanie poczuciem winy zawsze było skutecznym narzędziem kontroli."4
Odczucia te zależą - powie to każdy dobrze wykształcony psycholog - od uwarunkowań z wcześniejszych okresów życia. Jeśli ktoś nabył fobię, czy nerwicę natręctw w okresie przed zajściem w ciążę, i przed dokonaniem aborcji, to dokonanie aborcji może wzmocnić te wcześniejsze symptomy fobijne, czy nerwicowe. Wtedy stwierdzenie, że to aborcja je wywołuje, jako "syndrom" jest metodologicznie błędne. Ale wielu psychologów tzw. "wierzących" albo nie zna się na metodologii naukowej, albo zna się, ale przemilcza ją dla wykazywania tego, w co wierzą (lub czują się zobowiązani wierzyć pod naciskiem trwającym od okresu ich dzieciństwa). Ta sama argumentacja metodologiczna dotyczy wielu innych zjawisk związanych z życiem płciowym: gwałtem, rozwodem.
Tylko, że trzeba wsłuchać się w doświadczenia kobiet, w ich problemy. Nie zaś przychodzić do nich z ideologicznymi założeniami o charakterze dogmatycznym, jak czynią organizacje aborcyjne, "wierzący" lekarze, psychologowie, funkcjonariusze religijni i politycy prawicowi. Rzeczywiście tym ludziom trzeba postawić zarzut krzywdzenia kobiet w tych przypadkach, w których nie ma syndromu lub pogłębiania w tych, w których syndrom jest słaby lub wreszcie w tych przypadkach, w których oni indukują w kobietach syndrom. Powtórzę na przykładzie. Jeśli wokół kogoś, kto ma podwyższoną temperaturę ("gorączkę"), staną przedstawiciele organizacji społecznych, znajomi i będą dzień w dzień mówić, że jest obłożnie chory, że grozi mu ciężka choroba, że jest czegoś winny, że popełnia "grzech", jest "niemoralny" itp., to ów ktoś będzie na mocy definicji syndromu 2a) i 2b) - powiększał nie tylko swoje psychiczne doznania, ale i fizjologiczne symptomy.
Wobec kobiet myślących o aborcji lub/i jej dokonujących stosowany jest nie tylko efekt negatywnego placebo psychologicznego, magii podobnej do wudu, ale inny ćwiczony od stuleci w religii chrześcijańskiej: efekt egzorcyzmu. (...) Egzorcyzm polega na: uprzednim wmawianiu komuś, że tkwią w nim niebezpieczne dla niego demony, by później stosując tę samą ideologię rzekomo je z niego wypędzać, i by wreszcie, w trzecim etapie, zapełnić psychikę, umysł i podświadomość owego kogoś dogmatami i rytuałami związanymi z daną ideologią. Uzyskuje się bardzo "wiernego" wyznawcę, półautomatycznego zwolennika (który nie ośmieli się oderwać od ideologii z lęku przed powrotem demonów).
Antyaborcjoniści usiłują stosować elementy technik egzorcystycznych, nie mówiąc o nich wprost. Co robią wprost? Usiłują ubierać swoje techniki i swoją ideologię w to, co we współczesnym świecie ma największą siłę oddziaływania i autorytet - tzn. w naukowe "dane". Nie stoją za tym dane, lecz ustalenia spreparowane, które tylko w małym stopniu zasadzają się na wiedzy. (...)
Co można i należy im przeciwstawić: prawa człowieka, w tym prawa erotyczne i reprodukcyjne, wiedzę, konstytucję (którą niestety przedstawiciele tych grup zinterpretowali na modłę egzorcystyczną, szyldując się przy tym tytułami profesorów prawa), etykę uniwersalistyczną, zdrowy rozsądek, własny światopogląd.
By nie być posądzonym o upodabnianie się do nich powtórzę: zdarzają się przypadki powikłań psychicznych i psychosomatycznych po aborcji i wtedy termin może być użyty, są one jednak mniej liczne niż brak powikłań. Po wtóre są generowane w dużym stopniu przez tych, którzy je w kobietach indukują przez ogólny anonimowy wpływ społeczny, przez osobiste wmawianie.
Antyaborcyjnie nastawiona służba medyczna może wywołać u kobiet urazy zarówno psychiczne, jak i fizyczne. "Nawet dokonywana w szpitalu, zgodnie z prawem aborcja jest często [w USA, w latach 80-tych] łączona z jednoczesnym zabiegiem sterylizacji jako rodzajem kary za Ťprzestępstwoť pragnienia usunięcia ciąży, podobnie kobietom żądającym prostego zabiegu podwiązania jajowodów często proponuje się jako jedyną możliwość wycięcie macicy (histerektomię). Sadyzm podziemia aborcyjnego i szpitala, do którego zwraca się kobieta z krwotokiem po wadliwie przeprowadzonej czy samodzielnie wykonanej aborcji, nie są w końcu tak różne."5 Zauważmy pod kątem metodologii: ile kobiet, które uwzględnia się w statystykach, jako niepłodne po dokonaniu aborcji, są de facto niepłodne za sprawą opisywanego przez Rich procederu. Ta zmienna nie jest prawdopodobnie w tendencyjnych badaniach kontrolowana, i jest wykorzystywana do podnoszenia "danych" statystycznych dotyczących urazowości aborcji. Nie uwzględnia się też zwykle, czy aborcja dokonana była nielegalnie, czyli ze zwiększonym ryzykiem urazowości, czy legalnie, z rzetelną, adekwatną opieką medyczną, w tym psychologiczną, bez skażonych antyaborcyjnym nastawianiem i mizoginią medyków, czy pielęgniarek, lecz z takimi medykami i pielęgniarkami, które rzeczowo i bez ideologii, zgodnie z etyką ogólną i zawodową zajmują się takimi kobietami.
Syndrom postaborcyjny będzie częściej występował, gdy aborcja nie jest zalegalizowana. A więc ruch antyaborcyjny - wydatnie przyczynia się do zwiększania częstotliwości występowania syndromu poaborcyjnego. Przedstawiciele tego ruchu odpowiadają: przerwijmy koło zabraniając aborcji. Trzeba im odpowiedzieć, że jest to wykroczenie przeciwko prawom człowieka, w tym seksualnym i reprodukcyjnym. Członkowie tego ruchu mogą zabronić jedynie sobie samym (...) ale nie innym. Myślę, że chcą oni pognębić te kobiety, które ośmieliły skorzystać z prawa do wolności, po to by zastraszać inne, które w przyszłości śmiałyby czynić podobnie. Jest to stara technika nacisku ideologicznego. A wykorzystuje się podatny na manipulowanie "syndrom" (ze względu, jak pisałem, na magiczną otoczkę terminologii naukowej, i na łatwość manipulowania ze strony psychologicznej). By nie było wątpliwości to zachowanie antyaborcjonistów jest nieetyczne.
(...) Nie jest bowiem rzeczą etyczną nie pozwalać wybierać innym lub tak wybierać, że własny wybór blokuje wybory innych w przypadku, gdy blokowane zachowanie nie działa na szkodę innych lub szkoda, jaka się z nim wiąże, jest mniejsza niż w sytuacji, gdyby to zachowanie nie zostało podjęte. W sytuacji konfliktu aborcja jest zarówno dla płodu, jak i dla kobiety mniejszą szkodą niż fakt, że się jej nie dokonuje, czyli doprowadza do sytuacji, w której kobieta jest skazana na wychowywanie niechcianego dziecka, na borykanie się z ciężkimi warunkami społecznymi, czy na zagrożenie zdrowia, zaś samo niechciane dziecko narażone jest na zaburzenia, przejawiające się agresją, autoagresją, chronicznym poczuciem braku zadowolenia z życia itd. (...)

* Autor, psycholog i filozof, specjalizuje się w antropologii ogólnej i etyce; jest profesorem na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie.

Przypisy:

  1. Przypomnę standardowe określenie syndromu: "Zespół współwystępujących cech lub objawów. W medycynie opis syndromu wyprzedza z reguły ustalenie etiologii i patogenezy schorzenia [...]. W psychologii stosowane jest niekiedy pojęcie syndromu (wiązki) cech osobowości, niekoniecznie w znaczeniu cech patologicznych." - Słownik psychologiczny (pod red. W. Szewczuk), Warszawa 1998.
  2. Nie ma badań dotyczących wszystkich przypadków zachowań kobiet po zabiegu aborcji - i nie będzie, m.in. ze względu na prawo człowieka do zachowania intymności podczas korzystania z usług medycznych. Można jednak ustalić częstość występowania syndromu poaborcyjnego metodą szacunkową. Kobiety bez syndromu nie są rejestrowane w poradniach psychologicznych i szpitalach psychiatrycznych, raczej nie wracają do zamkniętego problemu (co jest naturalną zdrową reakcją). Jeśli liczyć liczbę aborcji dokonywanych w Polsce (dokładnie przez Polki) na około 200-300 tys. w roku, to liczba kobiet przejawiających znamiona syndromu poaborcyjnego - ustalona na podstawie oczekiwania przez nie pomocy ze strony służb psychologicznych i medycznych - powinna wynosić poniżej jednego procenta, najwyżej ok. kilku procent. Dlatego piszemy o zdecydowanej "mniejszości" powikłań poaborcyjnych w stosunku do ich braku. Z moich obserwacji wynika, że syndrom ten jest raczej rzadkim zjawiskiem i zależnym bardziej od wpływu społecznego niż od wsobnej części psychiki.
  3. Patrz Karta Praw Seksualnych i Reprodukcyjnych MFPR, Warszawa 1999.
  4. A. Solik, Niechże grzesznice cierpią w milczeniu, Biuletyn Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, 4, 2000, s.
  5. A. Rich, Zrodzone z kobiety. Macierzyństwo jako doświadczenie i instytucja, tł. J. Mizielińska, Sic!, Warszawa 2000, s. 364.

Cofnij

Cofnij
zamknij okno
Następny artykuł

Następny artykuł